Wycieczka do Łazisk Górnych autobusem, super

Wsiadłem sobie właśnie do busa jak Eminem w 8. mili. Wierzę, że zawiezie mnie do Mikołowa, skąd na piechotę będę kontynuował wycieczkę do Łazisk Górnych. Tam o 16:00 miejscowa Polonia zagra mecz z Dramą Zbrosławice, a ja sobie to będę oglądał. Super.

Zaniedbałem tego bloga, a ostatni okres, w którym regularnie pisałem miał miejsce, gdy w Singapurze jeździłem prawie codziennie busem na siłownię. No to teraz se jadę z Gliwic do Mikołowa i piśmiennicza okazja jest oczywista. Jaram się.

Jaram się swoją obecnością z momentu na moment. Zaplanowanie (nieco spontanicznie, ale jednak) tej wycieczki, spacer 4km na przystanek z muzyczką na uszach, obserwowanie siebie, ludzi i rzeczy wokół, wycyrklowanie czasowe na tyle dobre, że nie muszę czekać jak Europejczycy w kolejkach, ale nie muszę się gonić, a nawet zdążyłem kupić angmo monsterka, którego se dupnę, jak skończę pisać.

Jadę pooglądać mecz Dramy, do której „zapisałem się” niemniej spontanicznie niż na tę wycieczkę. Nie czuję i nie uwierzę, że definiują mnie jakieś wyniki sportowe, przez co same już treningi (a zdążyłem już nawet zadebiutować w Pucharze Polski) z zawodnikami z IV-ligowej drużyny sprawiają ogromną satysfakcję. Nie mam już planów zostać piłkarzem, więc każdy trening, każdy mecz to jest coś extra, za co jestem wdzięczny, bo nie czuję roszczeń, że mi się to należy. Deserve got nothing to do with it. A że fizycznie czuję się świetnie, to przyjemność jeszcze większa. It’s just my time, is all.

Oprócz tego, że z braku planów sportowych po JBC redukcji 2020 zostałem piłkarzem (czyli jednak), za niedługo zostanę trójboistą. Od słowa do słowa z koleżkami z siłki, dołączę chyba do wyjazdu na debiuty (z tego co rozumiem to takie zawody dla tych, którzy nigdzie nigdy nie startowali). No i super. Pobawimy się.

Tak jak mówił Pan Rogal – Chrystusowy wiek i wszystko przede mną. Jeszcze niedawno byłem przekonany, że w życiu nic mnie nie czeka i już żadne dostępne na świecie bodźce mnie nie interesują. Teraz se jadę autobusem na gapę (1.10 że nie będzie kobucha) i samo to daje doświadczalnie głębszą satysfakcję niż wygrywanie milionów ariarów w jakichś śmiesznych zakładach bukmacherskich. A biletu nie kupiłem z tego samego powodu, co śp. Zioło nie był na wyborach.

Przepraszam. Za to obniżyłem podaż mięsa, głównie na rzecz jeszcze większej ilości warzyw (jeszcze większej jeszcze). Swoją drogą ta obecność, w połączeniu z uważną ciekawością i akceptacją daje ogromne poczucie wdzięczności z jedzenia. Wczoraj se zjadłem ponad 1000g węgli, serotonina pozdrawia, w domu wszyscy zadowoleni, w klubie też wszyscy zadowoleni. I gdy pytają czyj to rok jest przytakuję skromnie.

Gdy wyjaśniałem mojemu bardzo dobrze zarabiającemu koledze założenia mojej filozofii opartej na uważności, akceptacji i ogólnie takich takich, to powiedział, że to bardzo ciekawe i sensowne, ale boi się, że przez to przestanie chcieć zarabiać. To standard, że akceptacja często mylona jest z biernością. Mylne jest przede wszystkim założenie, że robimy rzeczy, bo musimy. A w głębi nadal chcemy zarabiać, rozwijać się i robić rzeczy. Tylko niepotrzebnie (to ci nic nie daje) boimy się potencjalnych złych wyników. Ten irracjonalny strach czasem paraliżuje i zamiast jarać się każdym momentem myślimy o tym, co się stanie jak szyny będą złe.

A osobiście aktualnie czuję, że jeszcze nigdy nie byłem bardziej produktywny i nigdy nie miałem lepszego brzucha. Czuję się przydatny i potrzebny innym, czuję, że się rozwijam i czuję tzw. lekkość bytu i równowagę full. Pomimo braku zewnętrznych motywacji. Tak bardzo nic z zewnątrz mnie nie napędza, że nic mnie nie blokuje. Tak bardzo nie muszę robić żadnych rzeczy, że mogę robić ich dużo i dobrze.

I za chwilę sobie wysiądę i dupnę tego monsterka. Moment po momencie, doświadczenie po doświadczeniu. Określa go jego praca, nie jej efekty.

Cheers