Byłem na vipassanie na zmywaku

Wróciłem wczoraj z 3-dniowego kursu vipassany w Dziadowicach w Wielkopolsce. Pomimo tego, że tym razem medytacji było tylko około 10 godzin, a więcej czasu spędziłem na pracy w kuchni, to jednak czas wolny spędzony w pokoju i pobliskim lasku w połączeniu z trzygodzinną przejażdżką tam i z powrotem dały poczucie dobrego odosobnienia. Nie miałem takiej wycieczki już prawie z rok, a w ostatnich 10 latach taka przerwa to spora anomalia. Regularne chociażby 2-3 dniowe (można dłuższe, jeszcze jak) odosobnienia to zdecydowanie jeden z podstawowych elementów, który pomaga mi utrzymywać mentalny dobrostan i zdrowie psychiczne.

Sam ośrodek w porównaniu z poprzednimi ritritami tej organizacji to spory luksus. Nie aż taki luksus jak ritrit u Eckhartego Tollego w Omni La Costa Resort & Spa, ale w porównaniu z Dhamma Shringa w Kathmandu (gdzie byłem w 2014) oraz Dhamma Udaya w Taichung (gdzie byłem w 2018), nasza Polska Dhamma Palava prezentuje się jak piękne norweskie więzienie przy przeludnionych więzieniach w Kolumbii czy Papui Nowej Gwinei. Odniesienie do więzień nieprzypadkowe, bo to również forma odosobnienia. A ostatnio oglądając netfliksowe „Insight the World’s Toughest Prisons” miałem nieraz momenty refleksji, że odnalazłbym się tam. Jest grafik, wiadomo, co kiedy trzeba robić i nie trzeba myśleć. W Singapurze kiedyś kombinowałem, jakby pójść na trochę do Changi Prison, ale po pierwsze nie chciałem nikomu robić krzywdy, a po drugie dowiedziałem się, że tam nie ma klimatyzacji. Wtedy też postanowiłem, że sam se zrobię swój ritrit.

I se robię. Właśnie instaluje się (sama się instaluje, ta) wentylacja mechaniczna z rekuperacją i klimatyzacja. I już jest lepiej niż w Changi. A to dopiero początek. W sensie nadal kocham Singapur i nadal chętnie będę tam latał, ale może jednak do Marina Bay Sands lub do Wujka Alana w Punggol a nie do więzienia w Changi.

Wracając jednak do ostatniego ritritu własny pokój z łazienką był zaskoczeniem. Trochę przypomniało mi to Gl. Avernæs Hotel nieopodal Odense. Bardzo się tam odnalazłem. Małe łóżko, łazienka, okno, brak rozproszeń i tak trzeba żyć. Mam tu siedzieć lub leżeć do następnego apelu/medytacji/zmiany w pracy/bufetu śniadaniowego xd. Żadnych wątpliwości i presji, że marnuję czas, że taczkami trzeba zapierdalać i nawet nie ma czasu załadować; że trzeba iść i walczyć i że to nieważne, że raz czy drugi ci nie wyszło. Po prostu być, uczyć się czekania i odpoczywania.

Nawet teraz jak piszę, to moje silne uwarunkowania mnie popędzają, żeby kończyć pisać i iść robić rzeczy. Jechać na siłkę robić przysiady. W Singapurze to były piękne czasy. Się jeździło busem i trzeba było czekać kilkanaście przystanków. A jak się czeka to można pisać. Teraz jedną ręką myję zęby po kawie, drugą piszę. A tak naprawdę robię przerwy między jednym a drugim. Multitasking to iluzja.

Tak jak pokój przypomniał mi intensywne momenty spokoju z Danii, tak kuchnia przypomniała mi intensywne momenty pracy w hotelu (Marsden, Anglia, 2006). Satysfakcja wynikająca ze zorganizowanej pracy w grupie oraz poczucie zasłużonego odpoczynku po fajrancie przypomniał mi, jak niewiele potrzeba, żeby na koniec dnia czuć satysfakcję. A na koniec dnia liczy się tylko, czy masz z niego satysfakcję.

Stąd też na ten moment nie wyobrażam sobie, żebym jednak nie otwarł swojej restauracji i nie zatrudnił się na zmywaku. A jak będę za wolny to się zwolnię z roboty. I nikt mi nie powie, że nie mogę się zwolnić, no bo przecież sie, kurła, zatrudniam.

Przede wszystkim jednak przypomniałem sobie i utrwaliłem, jak bardzo w kultywowaniu porządku i równowagi w życiu pomaga grafik. Można robić wszystko, everything można, oczywiście, ale jeszcze bardziej można mieć świadomość tego, co się robi. Kwestionować, czy teraz jest na to czas i albo odnotować „good”, albo wprowadzić zmiany w grafiku na przyszłość. Jak piję herbatę, to piję herbatę, jak powiedział kiedyś po medytacji Prezes Startu Kleszczów. A nie, że myjesz zęby, piszesz bloga i spieszysz się na trening, bo Ci ciężary zabiorą.

Zwłaszcza w przypadku posiadania tak bardzo intensywnie pracującego umysłu służy mi skupienie się na planowaniu, żeby potem w trakcie zabawy w życie w czasie dnia musieć podejmować jak najmniej decyzji. 100g owsa czy 200g owsa? How the fuck would I know?

O tym dzisiaj właśnie m. in. słuchałem sobie w podcaście Mindscape Seana Carrolla z Marią Konnikovą. Odnosząc się do modelu Daniela Kahnemana, jak najwięcej z systemu kompleksowych problemów (system 1) przenosić do procedur, który „wyłączają konieczność myślenia” a po prostu tworzą się z tego nawyki lub chociaż ich zalążki (system 2). Od czasu do czasu przeanalizować system, ale na codzień lecieć z jak największą ilością automatów. Nie zastanawiać się ile serii przysiadów zrobić w czasie treningu. Zrobić plan i się go trzymać. Robić zgodnie z grafikiem, obserować, a na analizę też zrobić miejsce w grafiku. Wolność to nie dowolność, bracia moi i siostry moje.

A propos braci moich i sióstr moich, właśnie ich a propos. Poznałem paru ciekawych ludzi. Od wykładowcy filozofii z tego samego uniwersytetu, co mój ulubiony naukowiec i raper po znanego jutubera nawijającego o psychodelikach (a na co to komu potrzebne), o którym jeszcze może wkrótce napiszę. Czy pomimo tego czułem się wyobcowany w towarzystwie innych medytujących? Oczywiście. Poczucie inności było odczuwalne w praktycznie każdym środowisku. Ale yno trocha. Wspólny mianownik polegający na tym, że każdy lub prawie każdy przyjechał tam odrobinę lepiej poznać samego siebie. Że jakkolwiek trudno tę wspólną misję opisać słowami, to wszyscy w niej byliśmy. Każdy ma tutaj tak samo, nic za darmo. To poczucie wspólnoty to też cenna przypominajka, jeśli chodzi o rzeczy, które warto z instensywnych odosobnień przenieść do życia codziennego, a przynajmniej próbować. Praktycznie w każdej grupie ludzi można jakiś wspólny mianownik znaleźć i zbudować na nim społeczność. Dwuosobową lub dwumilionowoosobową.

Człowiek to człowiek, zawsze można się dogadać. O ile chuj się nie przesunie, to nawet w ekstremalnych sytuacjach totalnego braku przestrzeni wspólnych można zbudować zrozumienie polegające na akceptacji tych przeogromnych różnic. Paradoksalnie nawet aktualnie moje najsilnielsze więzi wynikają z akceptacji tego, jak wiele nas różni i że optymalnie jest, że każdy lata ze swoim towarem, innym tempem i innymi trasami. Bez silenia się, że wszystko i na zawsze razem. Ja potrzymam tobie, ty potrzymasz mi. Sam se bicki zrobię. Sam se zrobię przysiady, martwe ciągi i ćwiczenia, które wymagają koordynacji ruchowej i utrzymania równowagi. Brzuch to jest mediator, a kaloria to jest kaloria.

I to tyle póki co. Notatka napisana między kawą a myciem zębów po kawie i między seriami przysiadów lepsza niż żadna. A czuję, że warto było coś w końcu napisać. Codzienna praca nad rozwojem metafizycznym i szukaniem błogiej homeostazy to także pisanie pamiętnika internetowego, więc warto było odkurzyć.