Za 2 tygodnie lecimy do Singapuru

Wymyśliłem sobie już dawno temu, żeby zorganizować z okazji swoich urodzin mecz JBC Team przeciwko mojej singapurskiej drużynie Tuscani, w której zagrałem około 20 razy uczestnicząc w dwóch bójkach (a jak chamy przyjadą to pierwszy spierdalam; zapraszam). Tym razem umówiliśmy się jednak, że to bardzo towarzyski mecz i nie będzie żadnego bicia.

No chyba że na tle religijnym, bo to muzułmańska drużyna, a my na naszych trykotach mamy pomarańczowego buddego z żółtym szaliczkiem.

Sądząc jednak po życzliwości krążącej w powietrzu, są spore szanse na to, że będzie pokojowa atmosfera. A przez to nie pojawimy się na nagłówkach lokalnej prasy. Dlatego też jedynym kanałem informacyjnym może być portal internetowy jestembudda.pl oraz lista mailingowa stamtąd idąca. Elitarny kontent, o jakim mainstreamowe media ci nie powiedzą.

Najbardziej blokującym moją twórczóść czynnikiem jest wątpliwość, czy to w ogóle kogokolwiek obchodzi? Że może rzeczy, którymi mógłbym się podzielić są zbyt oczywiste? Zbyt mądre? Zbyt głupie? Zbyt długie? Że to nie ma sensu? Nie wiem, czy cokolwiek z tego, co napiszę, będzie miało dla Ciebie sens i nie mam prawa tego wiedzieć. Dla mnie ma wartość i sens, ale to tylko moja perspektywa. Dla ludzi wartość ma to, co jest farsą dla mnie.

Dlatego też podkreślam, że bardzo cenię coraz częściej pojawiające się ostatnio zwrotne wiadomości czy komentarze. Od mocno onieśmielających mnie dziękczynnych listów po proste wiadomości typu „to miało dla mnie sens” czy „rozumiem/zgadzam się/”dobrze było poczytać/posłuchać”. Myślę wręcz, że wraz z odbiorcą jesteśmy w tej samej sytuacji. Pewnie ktoś gdzieś kiedyś czytając coś ode mnie myśli, że to ciekawe, ale nie napisze tego, bo zakłada, że pewnie mnie to nie obchodzi. I tu się mylisz, kochany. Relacja twórca-odbiorca to substytut realnej rozmowy. Ja, tworząc, nie mam prawa wiedzieć, czy niosę dla odbiorcy subiektywną wartość. Odbiorca nie ma prawa wiedzieć, czy jego informacja zwrotna będzie dla mnie wartościowa. I właśnie poprzez to mówienie o swoich wątpliwościach i odczuciach, coraz bardziej odkrywamy karty i tworzymy wspólnie coraz lepszy substytut rozmowy. Substytut, który – maybe, just maybe – zwiększa szanse prawdziwej wartościowej rozmowy. Takiej, w której dwa (lub więcej) fizyczne byty siadają, ściągają maski (albo chociaż próbują), wzajemnie się słuchają i wymieniają swoje interpretacje rzeczywistości wokół.

Wspominałem o budowie siedziby JBC. A przecież wielu ludzi se buduje chaty i nie dorabia do tego ideologii. Dzisiaj wspominam o wyjeździe do Singapuru. A przecież wielu ludzi wyjeżdża do Singapuru. Nikt poza mną nie nazywa takiego wyjazdu „JBC Ritrit 2020 Singapore”. Jadę z bandą białasów, na miejscu dołączy do nas banda żółtków, rozgromimy z Sz. P. Andrzejem w składzie bandę muzułmanów, podziękujemy sędziemu za wspólne zawody, pozwiedzamy Singapur, napijemy się kawki, jagerka, zjemy trochę (lub trochę więcej) ryżu, wskoczymy do basenu na 57. piętrze Marina Bay Sands, podzielimy się swoimi halucynacjami (interpretacjami rzeczywistości). I tylko tyle. To mało?

Nie mam prawa wiedzieć, czy interesuje Cię nasza wycieczka do Singapuru, do której dorabiam se ideologię. Tak samo jak nie masz prawa wiedzieć, czy kogokolwiek interesuje Twoje zdjęcie z wczasów w Turcji (all-inclusive, mniam), do których nie dorabiasz se ideologii. Możemy się jedynie domyślać. Maybe yes, maybe no.

Może powinienem napisać po mentorsku, że trzeba żyć świadomie. Że trzeba obserwować, akceptować i że skoro mi się udało, to Tobie na pewno też się uda. Że niewykorzystane sytuacje się mszczą, ale że co się odwlecze, to nie uciecze. Że baba za kierownicą śmierć na drodze. A może że śmierć jest nieuchronna, a droga jest ważniejsza niż cel. Maybe.

Maybe yes.

Maybe no.

Probably no.

Nie przeczytałem 1500 książek o tym, jak postępować z ludźmi. Nagrałem kilkaset filmików i napisałem kilkaset tekstów, w których teoretyzowałem o tym, jak optymalnie żyć. Żeby być obecnym, uważnym i nie walczyć z tym, co już się stało. Że akceptacja, środowisko i relacje międzyludzkie to masywne czynniki wpływające na bezpośrednie doświadczenie, czyli na jedyne, co mamy, czyli na to, jak smakuje życie. Aha no i co?

 

No i warto było, kurła. Czuję, że mówienie o tym mocno poukładało mi w głowie. I można by o tym mówić jeszcze dużo. I bardzo chętnie pomówię o tym jeszcze dużo, dużo więcej.

Ale na pewnym etapie słowa to tylko słowa. Kolejne zdania to tylko kolejny hałas. Ble ble ble. Kolejnym krokiem jest egzekwowanie tych teorii. Praktykowanie. Esencją działalności JBC jest tworzenie społeczności poprzez organizowanie właśnie takich eventów. Poprzez rozmawianie i coraz głębsze poznawanie się nawzajem w różnych sytuacjach. W tym kontekście JBC Ritrit 2020 Singapore to crème de la crème.  Nie zastąpi tego żodyn tekst, żodyn filmik, ani żodyn inny substytut interakcji międzyludzkiej. Żodyn.

Czy pojechanie bandą na drugi koniec świata, pogranie w piłkę, pozwiedzanie, popicie, pojedzenie i powskakiwanie do basenu na 57. piętrze można nazwać ritritem? Można! Jeszcze jak! Aktualnie każdy mój wyjazd to ritrit. Każde wyjście na spacer to ritrit. Każde ściszenie telewizora to ritrit. Każda seria martwego ciągu z uśmiechem to ritrit. Każda chwila to moja szansa, żeby lekko poprawić swoje postrzeganie rzeczywistości.

Żeby coraz lepiej poznawać algorytm, który zarządza moim zachowaniem. Tędy widzę najoptymalniejszą drogę do doświadczania błogiej harmonii, spokoju i ogólnie takich chwil, że fajnie jest i czujesz, że is good for you. A nie, że albo fajnie (ale pewnie niefajnie w dłuższej perspektywie), albo good for you (ale trzeba się zmuszać, bo niefajnie). Zamiast tracić czas na takie bzdury, wolę brać pełny pakiet.

I grać w piłkę, to jest tak, łapiesz. Jestem tu po bogate więzi międzyludzkie, po coraz wyższą świadomość i po hajs. Nie po drobne i nie po mentalną masturbację wynikającą z ciągłego teoretyzowania, jakkolwiek wartościowe by one nie było.

I tak właśnie napisałem kilka akapitów, żeby usprawiedliwić to, że informuję o tym, że za dwa tygodnie lecimy z Krakowa do Singapuru. JBC Lifestyle codziennie wstając rano. Ewentualnie JBC Ritrit codziennie wstając rano. I że planuję chociaż skromnie ten wyjazd udokumentować, bo czuję, że to esencja całego tego zamieszania, które ośmielam się tu wywoływać. I że planuję kolejne takie eventy, bo czuję, że to najoptymalniejsze działanie, jakie mogę podjąć. I se to obserwuję i się z tego uczę. W pryncypiach nie różni się to niczym od tego, że czytasz teraz to, bo chwilę temu Twój algorytm uznał, że to najoptymalniejsze działanie, jakie mogłeś podjąć. I se to możesz obserwować. I se tak wspólnie możemy obserwować rzeczy, które się dzieją, a kiedyś możemy sobie o tym porozmawiać. Albo uczestniczyć w substytucie rozmowy.

Fajnie co?

Odpisz