Tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić

Postawiłem 2 tysiące euro na Górnika Zabrze w meczu z Jagiellonią Białystok 6. grudnia 2008 (na Mikołaja xd). Byłem wtedy pracującym na kilka etatów magisterem hustlerem, a w wolnych chwilach ulubionym młodym człowiekiem Pana Wankza studiującym gamblin w Anglii. Przyleciałem na kilka dni do Polski, poszedłem na mecz z bratem (który dzisiej wpisał się do tego newslettera – hi sir), więc dodatkowego smaczku dodawało takie family reunion.

IMG-2388

W 54. minucie jedynego gola w meczu strzelił dla Górnika bezpośrednio z rzutu wolnego Dariusz Kołodziej. Do ostatniego momentu komentator nie wiedział (dlatego też jest tylko komentatorem, prawdziwi analitycy wiedzieli, kochaaany, to było oczywiste), czy uderzy nasz aktualny selekcjoner, Jerzy Brzęczek, czy też – jak się później (wiadomo było) okazało tupotem małych stópek Dariusz Kołodziej. Zmylony tą szaradą lub/i bezradny wobec tego bombardowego uderzenia 40-letni wówczas Piotr Lech musiał wyciągać piłkę (sorry, mówi się futbolówkę) z siatki. Tak było, nie zmyślam:

Smutny Piotr Lech, zadowolony Jurek Mordel, a na trybunach w euforycznej radości Maciej Andrzej Jaworaki. 1680 euro w kieszeni (po kursie 1.84 poszło)… na plus! Dziś bym sobie za to nakupił cebuli, indyka, skyrów i wiśni na pół roku. Wtedy mogłem sobie pójść na miasto i polecieć na wczasy do Norwegii ryanairem i złożyć się z kolegą na pivo.

IMG-2387.PNG

Przypomniałem sobie to prehistoryczne wydarzenie parę dni temu, kiedy odwiedził mnie sympatyczny koleżka jadący do Iranu (tak, jechał przez Gliwice, a ostatecznie zawrócił w Turcji, bo może być wojna, a oprócz tego, że to sympatyczny koleżka, to również rozsądny jeden). Dzieląc się naszymi historiami, zgodziliśmy się co do wniosku, że najwyższym motywatorem zwłaszcza na pierwszym etapie kariery (a wtedy poziom determinacji, żeby nie powiedzieć obsesji, jest najwyższy) nie były pieniądze (choć te również wpływały na ten najważniejszy czynnik).

 

W moim przypadku (choć innych analogicznych przypadków znam co najmniej kilka) moja stawka to tylko nieznaczna część całej stawki, jaką postawił mój usługobiorca i jego ludzie (za wieloma stanę murem). Moje osobiste potencjalne zdobycze tutaj to 1680 euro (ryzykując moje 2000 euro), drobny procent z dostarczonego profitu (brak procentu w przypadku dostarczenia straty) oraz przede wszystkim poczucie, że wielki enigmatyczny (to było rok zanim się poznaliśmy osobiście) pan azjatycki bukmacher będzie ze mnie zadowolony. Że powie mi, że fajny jestem. Albo chociaż pomyślę, że tak pomyśli.

 

I to właśnie czynnik ludzki – poczucie zrozumienia, docenienia, a przez to przynależności – był największym motywatorem do tego, by działać i pozostawać w działaniu (tzw. sustainability – my tu zostaniemy lata, oni po kilka godzin). A nie to, że będzie mnie stać na melanż, jedzenie, pół piva w Norwegii czy drobnostki jak własny dach czy jacht mieć. Po co mi jacht, dach czy melanż, jak nie mam nikogo fajnego, z kim mógłbym se pływać, mieszkać i melanżować. No i najważniejsze: jak nie będę miał kolegów, to nie będę mógł się z złożyć z kolegą na pivo w Norwegii.

 

Działanie w zakładach bukmacherskich (czy prowadzenie jakiejkolwiek intensywnej działalności) nie różni się w pryncypiach od żadnej innej sprawy. Jaskrawo przejrzyste wnioski wyciągnięte z kariery w półświatku hazardowym postaram się przedstawić i wykazać w uniwersalnym wydaniu. A jak Ci się nie chce czytać to możesz sobie je przeczytać tu i teraz, nasz klient nasz pan: czynnik ludzki – poczucie zrozumienia, docenienia, a przez to przynależności – jest największym motywatorem do tego, by działać i pozostawać w działaniu.

 

Wiesz, żyję na luzie i nie chcę uciekać we Freudowskie (a nawet i niestety trochę Gabormatowe) przypisywanie związków przyczynowo-skutkowych między jakimiś wydarzeniami z dzieciństwa a późniejszym zachowaniem typu „zostałem jutuberem bo mnie wujek molestował”. Tym niemniej w przypadku ponadprzeciętnie ambitnych i zdeterminowanych ludzi dosyć częstym motywem wydaje się być pragnienie pokazania światu, że mamy w sobie wyższą wartość niż świat w nas widzi. Wszyscy ludzie są gdzieś na tej skali, rozpatrujemy tutaj po prostu jeden konkretny przypadek.

 

Wraz z rozwojem coraz mniejsze znaczenie miały dla mnie opinie coraz większej liczby ludzi. Nasze perspektywy różniły się coraz bardziej. A przez to coraz trudniej o zrozumienie. A przez to coraz trudniej o poczucie pełnoprawnej przynależności do jakiejkolwiek grupy społecznej. A przez to coraz trudniej o motywację do robienia czegokolwiek. Do chodzenia do roboty, do chodzenia po prostu, do podniesienia widelca z podłogi i do podniesienia siebie z podłogi.

 

21. grudnia 2011 postawiłem na mecz Manchesteru United z Fulham United. Tutaj już było to dużo dużo więcej niż na mecz Górnika z Jagiellonią 3 lata wcześniej. Nie było pięknych analiz, nie było enigmatycznego Azjaty, któremu chciałem zaimponować. Był tylko Krzysztof Kononowicz. W sensie przegrałem i nie było niczego. Położyłem się bezwładnie na podłodze tępo patrząc w sufit. I se tak leżałem z godzinkę. Jak widelec, który kilka lat później mi spadł ze stołu i nie chciało mi się go podnieść. Mógłbym stworzyć poradnik jak przejść metamorfozę z człowieka w widelec. Śmieszki heheszki.

 

 

Oczywiście wtedy nie było mi do śmiechu. Po godzince (tak umownie mówię – to mogło być 15 minut lub 2 godziny – tak samo jak gdy nie wiemy, czy średni penis ma 14 czy 16 cm, to umownie możemy powiedzieć, że 15 cm i ok) wziąłem telefon i przejrzałem listę kontaktów alfabetycznie. Dopiero na „R” znalazłem kogoś, z kim rozmowa pomogła przywrócić mnie do żywych. Dopiero po tej rozmowie Red zmienił ksywę na Sponsor. Dopiero 4 lata później poczęstował mnie marcepanem, uwierzysz?

 

Z perspektywy czasu czuję ogromną wdzięczność za to, że to był knockout a nie jakiś tam liść na odmułę. Że iluzja rzeczywistości, w którą wierzyłem, runęła bez żadnych wątpliwości, że może jednak jest inaczej, że może jednak jeszcze da się to odratować. Prezesie, tu nie było co trenować, tu było trzeba dzwonić.

 

Czuję też ogromną wdzięczność za to, że w ogóle miałem do kogo zadzwonić, nawet jeśli dopiero na „R”. Bo masa ludzi w poczuciu osamotnienia i przeżywania innej historii niż całe otoczenie nie ma do kogo zadzwonić. A mi Red jeszcze marcepana dał. A są tacy, którzy co noc w blokach jedzą sami kolację i nie mogą się spotkać. Chyba miałem szczęście i staram się doceniać to, co mi dał los. Dzisiaj na „A” miałbym ze dwie osoby, do których mógłbym zadzwonić. I tylko tyle? To mało?

 

Jak problemy ewoluowały, to zacząłem też dzwonić po ośrodkach uzależnień, psychologach i psychiatrach, wierząc, że to słuszny kierunek. Wyolbrzymiając i spłycając ich przekaz, ale tylko nieznacznie: hazard jest zły, objadanie jest złe, narkotyki są złe, a w ogóle to pan jesteś chory i teraz będziesz pan wpierdalał prozak, stówka się należy. A jak pan myślisz o zwolnieniu się z roboty to już na pewno pan jesteś chadowiec. Mój ostatni terapeuta miał nieco szerszą perspektywę. Jak opowiedziałem mu o pomyśle odstawienia prozaków i zostania buddą full time to zalecił rozwagę, ale jednak metaforycznie poklepał po plecach i pożyczył powodzenia. Wziął za to cztery stówki (stawki są w dolarach) i nawet nie dostałem wysypki na udach. Mój koleżka usłyszał na zakończenie współpracy z psychologiem „A, to niech se pan jedzie medytować z tymi swoimi buddystami”. No kurła xD.

 

W tym czasie o wiele bardziej od shrinków pomogli mi dietetycy, fizjoterapeuci czy filozofowie. I to stricte w kontekście terapeutycznym. Odnotować czyjś problem, uszanować go, powiedzieć, że się go nie rozumie albo że to nie jest jego areał ekspertyzy – takie rzeczy dają o wiele większe poczucie zrozumienia niż często bezkrytyczne i zamknięte podejście „specjalistów” od umysłu. A jak do tego dodamy skupienie się na wąskiej specjalizacji tych pierwszych i edukację w ich obszarze, to naturalnie zachodzi rozwój i poczucie przynależności do jakiejś wspólnej historii.

 

To uczciwy deal, który wręcz wymusza mniej lub bardziej świadome poczucie docenienia. Ja się uczę o diecie, czuję, że się rozwijam, będę się mógł lepiej odżywiać (albo przynajmniej wiedzieć jak) i szerzyć tę wiedzę dalej w swoim środowisku. Pan dietetyk (z którym wymieniłem ponad 300 sharp-edukacyjnych maili i który docenił, że przez niektóre moje wnikliwe pytania sam się musiał uczyć) ma z tego mój respekt i jeszcze kilka baniek. Pierdolić jakieś pięć płyt w klanie, sprawdź to.

 

Bez współpracy nie odnieślibyśmy tych wzajemnych korzyści. To jest uczciwe. A jak ktoś zaczyna się czuć nieuczciwie, tj. ktoś czuje, że dostaje lub daje za mało lub za dużo, to uczciwie jest o tym powiedzieć i albo wprowadzić aneks do umowy, albo się rozstać. Chyba że mamy do czynienia z Szakalem, którego już nie można odwołać. Ale można to zaakceptować.

 

A co ty myślisz, że Polak nie może się wybić na świecie? Moim pomysłem na siebie na wczesnej emeryturze było zostanie jutuberem. Za tysiąc subskrybcji chciałbym podziękować Bogu, w którego nie wierzę i Rodzicom, którzy mnie subskrybują. Zachowałem trochę hajsu, ale nie kupiłem sobie za to motoru. Za to kupiłem sobie w 2017 roku karnet na siłownię Fitness First, a w cenie miałem tyle kawki, ile tylko zechcę.

 

Już 2 lata wcześniej, gdy mój kolega ze Szkocji (zagraniczny!) nauczył mnie pić czarnej kawki, zauważyłem pozytywną (na plus!) korelację między kofeiną a motywacją. Tyle że pomimo naprawdę dużych ilości kopi o ko song rozpoczynanie treningów w Malezji, a później w Singapurze przychodziło mi naprawdę trudno. W najtrudniejsze dni szósta czy siódma kawa (albo i lepiej panie rezyseze) przez czasem sześć czy siedem godzin spędzone na siłowni przed treningiem tylko potęgowała natłok myśli, że powinienem ćwiczyć albo zająć się chociaż jakąś robotą, a ja ani nie ćwiczę, ani nie robię jakiejś roboty.

 

Czasami natłok myśli potęgowany przez nadmiar kofeiny doprowadzał do momentu, w którym się mówi prezesowi, że tu już nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić. Dzwoniłem sobie więc zgodnie z wykształconą w 2011 procedurą (przez Internet!) do ludzi, najczęściej na „C” lub „D”. I co ciekawe, zazwyczaj po takiej rozmowie normalnie zaczynałem trening. Chociaż nadmiar kofeiny i ogólnego w życiu poczucia osamotnienia sprawiał, że przeważnie w trakcie treningu (zwłaszcza przysiadów) czułem się podejrzanie obserwowany w miejscu, gdzie tak naprawdę każdy totalnie miał mnie w swojej żółtej piździe. Zresztą nawet gdy masz manię prześladowczą, to wcale nie znaczy, że cię nie obserwują.

 

Wyciągnąłem wnioski i pod koniec mojego pobytu w Azji przeważnie już mordo grała gitara. Czwarta kawa i se dzwoniłem przez Internet do ludzi, gadałem se z nimi na zestawie słuchawkowym robiąc w tym czasie rozgrzewkę. Normalnie. Ewentualnie puszczałem sobie BonSoul: Lepiej Się Witać EP, robiłem rozgrzewkę i pierwszą serię pierwszego ćwiczenia planowałem na ostatni utwór pt. „Dzień Później” lub ewentualnie skakałem na skakance lub tańczyłem (co robiłeś?) do Steliosa Kazantzidisa „Efuge Efuge” i też było wszystko OK. Poczucie więzi a nie, że musisz iść i walczyć ty jebany troglodyto. No chyba że czujesz więź z jebanymi troglodytami to wtedy OK. Not judging, just saying.

 

Takich przykładów mam jeszcze wiele. W zasadzie nieskończenie wiele. Uważam, że każde ludzkie zachowanie można przeanalizować pod kątem motywacyjnego czynnika więzi międzyludzkiej i poczucia przynależności zbudowanego na zrozumieniu, docenieniu czy mówiąc jeszcze precyzyjniej wierzenia w podobną historię. Jeśli czujesz, że Twoja sytuacja nie pasuje do tego modelu, to daj mi proszę znać, chętnie przeanalizuję (-:

 

Moja produktywność i efektywność oraz etyka pracy nieskromnie mówiąc od dawna stały na wysokim poziomie. Teraz wręcz czuję, że stoją na bardzo wysokim poziomie. Poziom presji oraz poziom poczucia, że coś muszę lub choć powinienem zrobić spadły drastycznie. Zrozumienie swoich motywacji, klarowność, dlaczego chcę robić to, co chcę robić, sprawia, że w dużej mierze robię te same rzeczy, które robiłem wcześniej, ale z większą lekkością, satysfakcją i skutecznością. Na plus!

 

Jakby ktoś regularnie patrzył na mnie z boku na siłowni, w kuchni, przy komputerze czy monitorował inne działania, mógłby wywnioskować, że szykuję się na olimpiadę (a ja chcę tylko mieć najlepszy brzuch i robić martwy ciąg z uśmiechem), jestem pisarzem (no trochę xd) lub studentem (jak ci poszło ostatnie kolokwium?). A w rzeczywistości to tylko drobne narzędzia do stawania się coraz bardziej buddą (pzdr Siddhartha), coraz lepszym Maciejem (pzdr Nesti) i coraz bardziej metafizycznym Maciejem Andrzejem (pzdr Onz).

 

Szczęście w domu, biznes kręci się jak nigdy, tylko, kurła, czemu znów żresz ciasta?! Bo lubię i uważam to za optymalne rozwiązanie wziąwszy pod uwagę wszystkie znane mi czynniki. Obserwuję swoje pragnienia, swoje motywacje i świadomie staram się rozumieć coraz lepiej siebie, to co wokół mnie, korelację między jednym a drugim oraz uświadamiać sobie, że jedno i drugie to tak naprawdę to samo. A zrozumienie wpływu czynnika ludzkiego na moje zachowanie jest po prostu wynikową tych działań. Kolejną wynikową jest coraz lepsze układanie swoich życiowych puzzli. Jak Paleciok.

 

Dużo rzadziej się miotam, bo dużo częściej dzwonię. Zarówno do siebie, jak uczył Jon Kabat-Zinn, jak i do innych, żeby upewnić się, że jeszcze ktoś na świecie wierzy w podobną historię. A telefon gdzieś pod ręką, ja prawie na pewno wiem to.