TO KONIEC ROKU (JAKBYŚ NIE MIAŁ KALENDARZA)

To był świetny rok.

W ostatnim filmie przedstawiłem jednego z moich podopiecznych w wizji mentalno-fizyczno-metafizycznego rozwoju:

https://youtu.be/YVvbI8Il6xk (pozdróweczki Wojciechu Stanisławie <3)

W przedostatnim filmie podsumowałem rok omawiając, co zrobiłem w ramach działalności JBC: ritrity, filmiki i wiele wiele innych.

Mógłbym też przedstawić ten rok jako „rok, w którym zbudowałem dom” (a przynajmniej jego pierwszą część).
Mógłbym pewnie wymyślić kilka innych hasełek, które by dumnie brzmiały.
Mówiąc jednak najszczerzej jak potrafię, poziom równowagi, klarowności i spokoju ducha, jaki czuję na koniec tego roku, nie jest do wyrażenia słowami, jakie znam.
Trzeba być z nami, robić to, żeby wiedzieć.
Zaczynałem kanał JBC wyrażając trochę swój ból dupy związany z poczuciem osamotnienia, niezadowoleniem ze swojej formy fizycznej oraz przede wszystkim brakiem akceptacji swoich tzw. kompulsów. Chciałem mieć swoją Elżbietę albo chociaż malutką Candy lub wielkiego brata, który zrozumie, że na kolację chciałem zjeść kolację, a nie pięć kolacji i 7 deserów. I który zrozumie, że to jest ważny problem.
Dziś czuję się silny, zdrowy i że nigdy nie miałem lepszego brzucha. Czuję, że moje relacje z bliskimi są bogate, głębokie, a – co lepsze – nadal zgłębiane i przez to coraz bogatsze.
Poczucie osamotnienia i kompulsy nadal są mi bliskie, ale bardziej dlatego, że wół nie zapomniał jak cielęciem był. A nie dlatego, że wół cielęciem jest. Bo nie jest. Wół to jest wół, cielę to jest cielę, a kaloria to jest kaloria.
Czuję się jak wół, jak tygrys i jak taran. W sensie, że fajnie. Na plus!
I to nie niewiele warta siła farta. Ale też nie mój upór sam w sobie. O wiele bardziej kluczem do tych trudnych do opisania największych sukcesów w życiu wydaje mi się nabieranie coraz szerszej perspektywy na rzeczy.
Tu nie chodziło o głupie bieganie. Lepiej jest mądrze stać lub nawet se usiąść. A potem z braku presji dochodzimy do niebanalnych i odkrywczych wniosków typu „można mądrze biegać”. Mmmmm.
To pokorne, ale jednak pełne glorii, odnotowanie poczucia szczęścia w życiu. To też płynne i jasne przejście do wyzwań, których chcę się podjąć. W przyszłym roku i nie tylko (co nie tylko).
Mianowicie jak się tym szczęściem podzielić będąc otwartym na każdego, kto tego chce, a zarazem nikomu nie wejść na głowę dziewięćdziesięcioma kilogramami żywego hibhobu.
Jak w ogóle zademonstrować to, czym chcę się dzielić, żeby w ogóle ktoś mógł zdecydować, czy tego chce czy nie.
Jestem legitymowanym instruktorem trójboju siłowego, dwa tygodnie pracowałem na budowie, a studia skończyłem na kierunku Gambling and Leisure Management, czyli w wolnym tłumaczeniu magister hustler. Byłem też na kilku kursach medytacji, eventach u Sama Harrisa i ritritach u Eckhartego Tollego (przy pomocy Konrada i jego brata ciotecznego).
Przepraszam (steprecords), że się tak czuje, ale czuję, że spłycenie tego wszystkiego do nauki robienia martwych ciągów, rozpisania dietki, rzucenia miałkim „bądź świadomy – żyj tu i teraz” i wyjaśnienia, że ubezpieczenie to czysty (czasami przymusowy a więc kompulsywny) hazard to jak kupić Arsenal Londyn i kazać im grać w ping-ponga.
Dzieląc się swoimi przemyśleniami, spotykając się z ludźmi i organizując ritrity często (na szczęście nie zawsze) czułem się jakbym rozdawał najwyższej jakości kogz, a ludzie i tak woleli kupować mefedron za stówkę (lub leki na katar z apteki – wersja budżetowa). Przepraszam, że się tak czułem, nie zmienię tego. No nie mogę inaczej.
Oswojenie się z tym i coraz lepsze rozumienie tego systemu (trudno nie zrozumieć tego systemu) dało mi dużo do myślenia, ale lubię myśleć, więc ok.
Jestem przekonany, że mogę światu zaoferować legalny kogz dużo taniej niż mefedron, a nawet i acatar. Dragi to kurły (dwa kroki do puchy, trzy kroki do trumny, ich spokój jest złudny), ale też śliczne metafory.
I tym właśnie chciałbym się zajmować. W sensie nie dragami, tylko coraz lepszym docieraniem do ludzi i pokazywaniem tego, co uważam za ważne i wartościowe, jeśli tylko się na to otworzą i tego zechcą. A jak nie to nie i też będzie fajnie. A jak nie będzie fajnie, to w pewnym sensie też będzie fajnie.

Zaraz se idę spać, jutro se wstanę i o świcie wyjdę se na spacer, napiję się kawki, umyję zęby po kawie i pomyślę, co dalej.

Życzę miłego wieczoru, proszę na siebie uważać, do usłyszenia w nowym roku, wierzę.

PS. Specjalnie usiadłem do napisania tego maila w knajpie, w której 8 lat temu odmówiono mi sprzedaży alkoholu w jakiś tam wtorek o 16:00. Że taki znak czasów, że kiedyś było gorzej, że teraz jest lepiej.