Luźne dumanie nad twórczością

Tak sobie luźno dumam od jakiegoś czasu (a od kilku dni to nawet i nieco intensywniej) nad tym, że w ostatnich czasach tworzyłem o wiele mniej treści niż wierzę, że jest optymalnie. Nie doskwiera mi to w negatywny sposób, nie odczuwam z tego tytułu cierpienia, tym niemniej mam poczucie niewykorzystanego potencjału. No i chyba po to zasiadam tutaj do tych luźnych rozkmin, żeby zastanowić się, w jaki sposób mógłbym ten potencjał wykorzystywać nieco lepiej.

 

Żeby zrozumieć powody, dlaczego mimochodem przestałem być produktywny, wystarczy zrozumieć powody, dla których kiedyś mimochodem byłem produktywny. Mianowicie, to brak poczucia zrozumienia wokół był głównym prądem mojej twórczości blogowo-vlogowo-rapowej (wyjątkowo bez prześmiewczości, choć same cisną się na usta komentarze, że tego rapem nie można nazwać – no i fajnie, ale akurat chwilowo przez lekkie wyczerpanko fizyczne nie mam energii cisnąć z siebie beki – wykorzystam ten moment na bycie dla siebie takim dobrym, fajnym i miłym). Robiłem rzeczy, żyłem intensywnie i czułem się w tym na tyle osamotniony, że najrozsądniejszą formą poukładania doznań było spisanie myśli lub wylanie ich w moją biedną kamerkę. Nie daj Boże (kto?) wylać nawijki na bit. Oho, chyba energia wraca. Koniec z byciem dla siebie miłym i fajnym i dobrym.

 

Oczywiście pojawiło się grono ludzi, które się z mniejszą lub większą częścią tych przemyśleń utożsamiało. I fajnie. I miło. Nie dość, że dostawałem tzw. validation, że jakaś część świata mnie akceptuje i daje mi jasny sygnał, że mogę żyć dokładnie tak jak se żyję, to jeszcze poczucie, że komuś innemu to pomaga sprawiało, że było nie tylko miło, ale i fajnie. No i dobrze.

 

Z biegiem czasu, zwłaszcza dwóch ostatnich lat powiedzmy, nie tylko pragnienie tego validation (jak to po polsku będzie, przepraszam, u nas w Ameryce nie wiemy) zmalało, ale i poczucie zrozumienia wokół drastycznie wzrosło. Wydaje się coraz bardziej oczywiste, że jest dozwolone żyć po swojemu. Wujek Alan powiedział przecież, że everything można, więc nawet można zamknąć ten temat. Wydaje się też coraz bardziej pewne, że aktualne poziomy świadomości, komunikacji i dotarcia się z paroma wujkami i nie tylko (co nie tylko) przemawiają za tym, że jeżeli miałbym pragnienie poopowiadać komuś o tym, co przeżywam z wiarą, że zostanę zrozumiany, to stosunkowo łatwo mogę to pragnienie spełnić.

 

Wielokrotnie pisałem o tym, że nie interesuje mnie bylejakość tylko arcydzieła. Że to co dla ciebie może być sufitem, dla mnie jest podłogą. Że skoro tzw. lekarstwa poprawiają życie chorych, pewnie będzie się pojawiało pragnienie zdrowych, żeby dzięki tym lekarstwom byli jeszcze „zdrowsi”. Że dla nas to coś więcej niż dupy i hajs. I tak samo tutaj: nawet jeśli pragnienie validation jest w dużej mierze codziennie spełniane, to nadal do ugrania jest sporo wdzięczności, za którą potem ja mogę być wdzięczny. Kumulacja wdzięczności – to moje hasło  dore co? To właśnie to będzie mnie motywowało w przyszłych tekstach, filmikach (dej suba) i – oby nie – raposkich nutkach.

 

Natomiast bądźmy realistami. W sensie ja pragnę być jednym, wy se bądźcie kim tam chcecie. Zwracam tu uwagę na to, że to, że raz czy drugi ci nie wyszło, wcale nie oznacza, że nie możesz się teraz poddać. Możesz! Tak mi powiedział Wujek Alan i ja mu wierzę.

 

Dlatego też realistycznie patrząc na wyżej wspomniane czynniki, pragnienie do tworzenia jest i musi być o wiele niższe niż w czasach, kiedy przygniatała mnie samotność. A w takich przypadkach poleganie na sile woli już nie jest optymalnym rozwiązaniem. Tutaj potrzeba procedury, historii, w którą uwierzy więcej niż jedna osoba (np. dwie, bo 1<2). Tak niemalże bezwysiłkowo (w kontekście siły woli) przeprowadziłem JBC Redukcję® i tak też np. od jakiegoś czasu uczę się gry na skrzypcach. Wyłączam w głowie nieokiełznanego troglodytę, który twierdzi, że muszę iść i walczyć. Zamiast tego ustalam sobie realne strategie, a potem już siadam wygodnie w fotelu pasażera i obserwuję, co wychodzi (i dlaczego) tudzież, co nie wychodzi (i dlaczego). Zamiast drzeć ryja motywacyjnymi sloganami jem sobie cebulę z indykiem i nie tylko. Bo jak się je to się nie gada.

 

Za prokrastynację i tzw. brak motywacji w działaniach przeważnie winiłbym osamotnienie, czasem obranie naiwnego/nieoptymalnego kierunku. I w takich przypadkach skupienie się na obserwacji, a nie na komentowaniu (i – co gorsza – bezgranicznej wiary w swoje profesorskie komentarze) pozwala zrozumieć przyczyny, dzięki czemu można pozmieniać klocki, obrać lepszy kierunek i bawić się dalej.

 

I stąd też o ile to na razie takie luźne dumanie, to gdzieś tam na horyzoncie widzę pragnienie lepszego poukładania tych klocuszków i dalszej zabawy. I na poukładaniu tych paru myśli i odnotowaniu pragnień dzisiaj zostanę. Dziękuję za uwagę, drogi pamiętniku.

 

Pozdrawiam serdecznie

Maciej Andrzej