LIFE IS ON THE WIRE. THE REST IS JUST WAITING.

Karl Wallenda był niemieckim artystą, który chodził po linach na dużych wysokościach, bardzo często bez zabezpieczenia. Tak zresztą umarł. Powiedział ponoć kiedyś, że „życie jest na linie, wszystko inne to tylko czekanie”. O cytacie tym dowiedziałem się z obejrzanego kilkadziesiąt razy filmu „Rounders” (Hazardziści).

W zakładach bukmacherskich to oczywiste. Adrenalina, dopamina, szybsze tętno przy grubej grze sprawiają, że poza tym życie tępy śmiech ma dla nas. Przy tym poziomie emocji wszelkie narkotyki, dziewczyny, chłopaki, jedzenie, a nawet testy do koła fortuny to jak Sulin przy Bonsonie. Jak Tomb przy Ensonie. Jak Diox przy Te-Trisie. Jak Gra o Tron przy The Wire. Jak wódka przy jagerze. Jak polonez przy porsze. Jak biali przy żółtych. Jak brzuszki przy przysiadach. Jak seler naciowy przy serniku. Jak Najman przy każdym człowieku. Jak oburzenie urażonych ludzi przy błogim spokoju i poczuciu równowagi.

Doceniam jak te ultra klarowne i krystalicznie przejrzyste wnioski wyciągnięte z nieco patologicznych doświadczeń mogę przenieść do codziennego życia. Bo różnimy się tylko skalą. Bardzo szybko adaptujemy się i przyzwyczajamy do nowych sytuacji życiowych. Do bezdomności, do bycia szefem, do emerytury, do nowej dziewczyny, do nowego chłopaka, wszystko jedno.

Może panu jest wszystko jedno. Skoki dopaminy, lepsze i gorsze nastroje i tak będą się pojawiały. Dla bezdomnego może to być „nie mieć co jeść” vs „mieć co jeść”. Dla nowego chłopaka „miłosne afery” vs „będziemy kłócić się a potem godzić całą noc, wiesz o co chodzi”. Dla hazardzisty oczywiście „bessa” vs „hossa”. No a dla kogoś kto ryzykuje życie wchodząc na linę „o kurła, byle nie zlecieć” vs „uf, udało się nie zlecieć”. Oczywiście jedna sytuacja życiowa nie wyklucza drugiej. W tym samym czasie można być chodzącym po linie hazardzistą bez dachu nad głową, szefem, nowym chłopakiem i nową dziewczyną, zwłaszcza w czasach dżender. Normalna polska rodzina! Chłopak i dziewczyna! I dej 500. Dej.

Chodzi o to, że jeśli chodzi o fale intensywności momentów życiowych i mam być szczery, to wszyscy jesteśmy w tym samym biznesie. Od czasu do czasu wchodzimy na linę w naszej indywidualnej skali i przez większość czasu czekamy na kolejny raz. Nawet (a może zwłaszcza) przy podejściu tak oświeconych mindfulnessowych świrów jak Michael Gervais nie ma miejsca na naiwność. Jakkolwiek nie będziemy pracować nad tym, żeby nie dać definiować się przez zwycięstwa i porażki to pewnych mechanizmów na ten moment nie da się oszukać. W jakiejś skali zdobycie mistrzostwa NFL, wygrywanie miliarda ariarów, rozstanie z chłopakiem, awans w robocie czy wejście na bufet będzie wejściem na linę. Resztę życia spędzamy w poczekalni.

Tyle że to życie w poczekalni nie tylko nie musi być nudne, ale wręcz może być bardzo bogatym doświadczeniem. Być może bogatszym i głębszym niż samo chodzenie po linie.

Wydaje mi się, że kluczowym czynnikiem jest świadomość całokształtu zabawy, w jakiej nam przyszło uczestniczyć. Jak bardzo neurotycznie podchodzimy do chodzenia po linie. Na ile widzimy, że to tylko mniej lub bardziej przyjemna fabryka hormonów, a na ile wierzymy, że to nasza tożsamość, że jak zlecę to jestem do niczego, a jak nie zlecę to jestem fajny. Historia o sobie samym może być zajebistym filmem (jak Żółty Szalik, oglądałeś?). Można sobie zwalić pod nią metaforycznego mentalnego konia, przypominając te fantastyczne momenty, w których miało się rację, a cały świat się mylił. Ale to nadal jakaś tam historia. Maybe yes, maybe no.

Chodzenie po linie nadal będzie chodzeniem po linie. A kaloria to jest kaloria. Jeśli chodzi o hazard i objadanie i mam być szczery, to właśnie jestem w Hard Rock Hotel & Casino w Atlantic City. Gdybym teraz podszedł do stołu z blackjackiem, postawił miliard ariarów i dostał asa z królem to byłbym bardzo zadowolony. A gdybym zaraz po wypłaceniu szmalu (chodzi o szmal, śpieszę się) u kasjera poszedł na bufet i zjadł 4 snickersy i 40 pankejków to czułbym się wniebowzięty.

Tym niemniej w tym poczuciu wniebowzięcia niekoniecznie byłaby wyżej wspomniana głębia i bogactwo tego doświadczenia. Mogłaby szybko pojawić się pustka. Na chuj mi te 15000 kalorii, na chuj mi 1500000000 ariarów i na chuj mje ten kaktus. Przy neurotycznym podejściu nie potrafiłbym odpowiedzieć na te pytania, ale czułbym pragnienie kolejnych ariarów, kolejnych kalorii i kolejnego kaktusa. Dej. Wincyj. Faster faster. Pali pali.

Wraz z rozwojem świadomości rozumianym jako coraz lepsze rozumienie mechanizmów, coraz klarowniejsze postrzeganie rzeczywistości i coraz bardziej precyzyjne interpretowanie doświadczeń poziom tego neurotyzmu spada. Życie w zamian szczery śmiech ma dla nas. Pojawia się harmonia, równowaga i błogi spokój.

Bynajmniej nie namawiam nikogo ani sam nie planuję próbować już nigdy nie wchodzić na metaforyczną linę i zamieszkać w jaskinii i zostać bretarianem. Tym niemniej uważam, że klarowne postrzeganie liny tym, czym ona jest i czym nie jest zmienia grę. Na plus! – jak powiedział Sz. P. Andrzej komentujący swoje doświadczenie w kasynie Aria w Las Vegas w 152. odcinku 1. sezonu serialu Jestem Budda Człowieku.

Dbanie o jakość lin, na jakie wchodzimy ma znaczenie. Dobra materialne i drobnostki „jak własny dach czy jacht mieć” są ważne. Ale jeszcze ważniejsza wydaje się być świadomość tego, co jest czym. A świadomość buduje się w poczekalni. I o jakość tej poczekalni warto również zadbać.

Jednym z elementów dobrej poczekalni jest rozwiązanie problemu nudy. Często ten problem rozwiązujemy krótkotrwale rozpraszaczami, przez co w dłuższym wymiarze tylko warunkujemy się od rzeczy, które do harmonii bynajmniej nas nie przybliżają. Nuda to jedynie nieumiejętne korzystanie ze swojej atencji. Jak powiedziała Dorothy Parker: Receptą na nudę jest ciekawość. Na ciekawość nie ma recept.

Nie ma recept, nie istnieje żaden złoty środek, ale przynajmniej robię, ile tutaj zrobić mogę (tego już nie powiedziała Sz. P. Dorothy Parker, to powiedział Sz. P. Adam Chrabin). Dlatego też coraz lepiej poznając swoje uwarunkowania, coraz łatwiej umilać mi sobie czas w oczekiwaniu na wejście na linę typu wygrać w totka (chociaż nie gram), poznać Elżbietę albo Małgorzatę (chociaż moje panny kiepsko mówią po polsku), zagrać w reprezentacji Singapuru (chociaż na paszport Polsatu albo Polski, to już wszystko jedno, może być problem) czy pójść na koktajl i nie wypić ani grama (niby kurła jak mam się ogarnąć, kiedy wszystkie najlepsze rzeczy są darmo?).

W mojej poczekalni widzę miejsce na takie mniejsze liny, które nadal sprawiają, że jest klawo i nie muszę neurotycznie czekać na jakiejś z dupy wzięte iluzje o wielkich definiujących momentach. Zanim rozważę metamorfozę w warzywo w moim wachlarzu jest rozważenie samobójstwa, narkotyków twardych, miękkich, frytek z rybą po robocie, bezrobocie, 2 kilo sernika, 400g piersi z indyka, 2 kilo cebuli i 4 banany, robienie przysiadów, martwych ciągów i ćwiczeń, które wymagają koordynacji ruchowej i utrzymania równowagi, oglądanie memów, oglądanie widoków z Tatr, podnoszenie tych, co nie mogli już wstać, pisanie bloga, nagrywanie vloga, proszenie się o suba (nie zapomnij kliknąć w dzwoneczek, aby być na bieżąco!), łapki w górę i serduszka, picie czwartej kawy, niepalenie papierosów, pozbycie się wielkiego fucking telewizora, obserwowanie ludzi na molo w Atlantic City tak samo jak kiedyś za bajtla chodziłem odbębnić niedzielną mszę na 8 rano i śmialiśmy się ze starych ludzi (steprecords przepraszam), a przede wszystkim pozostawanie w otwartości na wszelkie inne rzeczy, które zrobią ze zwykłego czekania arcydzieło życia.

Nie zmuszam się do tego, by jarać się robieniem miniaturowych mebli dla lalek, ale bardzo mocno szanuję, że Sz. P. Lester Freamon się tym jarał. To właśnie on był jedną z wpływowych inspiracji do rozpoczęcia budowy swojej poczekalni. To właśnie on zdefiniował życie jako rzeczy, które się dzieją, kiedy czekasz na momenty, które nigdy nie przychodzą. (Shit that happens while you’re waiting for the moments that never come)