I’M JUST A PHILOSOPHER, I SUPPOSE. I CHCĘ MOJE ROZKMINY.

Ludzie to czasem nazywają znalezieniem swojego celu w życiu. U nas w Ameryce mówią na to „purpose”. Że byłeś skonfundowany w swoim życiu i nie wiedziałeś, co robić, a potem wiesz i jest fajnie. Prawie tak jak boli cię brzuch, a potem nie. Albo że się z kimś kłócisz i prawie już brakuje ci argumentów, ale potem jednak odwracasz losy tej gry i ewidentnie wychodzi na to, że twoja racja była najtwojsza. „He was right all along” jak powiedział Lester Freamon o McNultym.

W The Wire jest co najmniej kilka takich scen, w których dany bohater się miota, a następnie z akceptacją i klarownością widzi dla siebie kierunek. O ile skutki danej decyzji są i muszą być różne, o tyle sam moment przekonania, że chce się iść w lewo (lub w prawo, chyba ty) jest warty tego, by mu się przyjrzeć osobno i wnikliwie. To uczucie to jedno z fajniejszych uczuć, w pewnych rankingach zdecydowanie najfajniejsze, jakie dane było mi poznać na tym ziemskim padole. A wiem, jak to przegrać parę baniek i wiem, jak to ruchać dziesiątki (w sensie zaokrągliłem, to szacunek bukmacherski; ale wiele się nie mylę siema estem budda wierz mi).

Zanim zostałem starym człowiekiem, byłem nastolatkiem. Mocno inspirowany takimi tuzami jak Sz. P. Michał Wanke (a niby co innego miałbym robić w tej szkole) oraz Sz. P. Waldemar Kowol (Dyskoteka? To jest o dupe rozbić, nic ci to nie daje, tylko szkoła piłka szkoła piłka; i potem będą profity) czułem empatyczną pogardę wobec leniwych studentów i nie tylko. Co nie tylko, byłem młodym naukowcem, kujonem, ciężko trenującym forstoperem, jeszcze ciężej pracującym hazardzistą, a poziom mojej klarowności i poczucia sensu w życiu osiągnął level dla jakby standardowych ludzi nieosiągalny.

Był to jakiś sukces, natomiast życie dynamicznie nabrało rozpędu i okoliczności kapkę zaczęły się zmieniać kapkę. Myśli o quasi-emeryturze (czyli zejście z trzech etatów na jeden) pojawiały się od dwudziestego roku życia. Dylematy (czyli właśnie to uczucie bycia skonfundowanym i miotającym się juniorem) przeważnie kończyły się wraz z kolejnym (znam na pamięć) obejrzeniem „Rounders” – does it have my name on it? I don’t know but I’m going to find out. I następnie znowu powracało uczucie pełnej klarowności kierunku, w którym się chce dążyć tudzież sense of purpose jak to się mówi tutaj u nas w Ameryce – w krainie, w której można jeść pomarańcze i cztery snickersy i wszystko będzie dobrze.

Kilka lat później byłem w bardzo podobnym położeniu, co Avon Barksdale. Mając problem z zobaczeniem większego obrazka czułem mocny kompuls (co również można by nazwać klarownością i poczuciem celu) do podążania za swoimi pragnieniami. Czułem się jak gangster i po prostu chciałem swoje kornery (to ma zastosowanie zarówno metaforyczne, jak i dosłowne, więc oczywiście nie będę tego rozwijał, bo nie jestem głupi; w sensie jestem, ale nie aż tak). Mój Stringer Bell próbował mi pokazać szerszy obraz i w przeciwieństwie do Baltimore, w Czekanowie to się udało. Z im większym dystansem i im szerszą perspektywą patrzę wstecz, tym bardziej doceniam to, co się stało. To właśnie dzięki racjonalnemu i świadomemu podejściu Avon Barksdale wcale nie musiał wylądować w pierdlu, a Russell Bell w piachu. Piszę o tym po to, żeby zaznaczyć, żeby na poczucie klarowności w życiu (sense of purpose) nie rzucać się na wariata, a naiwne hasła z podręcznika dla akwizytorów o zawsze podążaniu za głosem swojego serca to pierdolenie gówna z chuja kurła.

Tym niemniej motyw znalezienia swojej klarowności po okresie miotania się powracał jak bumerang. Ostatecznie zszedłem z trzech etatów branży bukmacherskiej. Wtedy pojawiły się niespodziewane problemy w głowie. (-Panie psychiatro, dlaczego jestem świrem? -Nie mówi się z pełną buzią ty niewychowany chadowcu). Wtedy rozpocząłem trzy etaty bycia buddą. Problemów już nie ma. A brak problemów to problem sam w sobie, choć nie jest tę zależność łatwo wyłapać. Wstajesz rano, nie musisz iść do roboty, nie musisz się miotać z objadaniem ani z prawie żadnym innym gównem. Co robisz? Kim jesteś? Jaka jest twoja funkcja? Po co żyjesz?

Tu w sukurs przychodzi obserwacja Sz. P. Harariego, którą przytoczyłem tutej: http://www.jestembudda.pl/2018/06/02/d75-stoje-sam-po-srodku-swiata-z-kopi-o-ko-song-chuja-na-mnie-macie/ Sz. P. Harari słusznie zauważył, że skoro lekarstwa poprawiają stan umysłu chorych, to nie da się powstrzymać zdrowych, żeby z tych lekarstw nie korzystali, żeby było fajniej. Po co mam być europejskim grubasem i homo sapiensem, skoro mogę mieć spokój ducha w moim żółtym sercu i być homo deusem?

Żyćko się toczy, kochany, czy tego chcesz czy nie. Pierwsza sekunda siedzenia na kanapie to całkiem inne doświadczenie niż druga godzina siedzenia na kanapie. A każde doświadczenie ma znaczenie. W zasadzie tylko doświadczenia mają znaczenie, nic innego nie mam. Nawet historia, którą sobie opowiadam o sobie i o świecie to też doświadczenie samo w sobie. Każda świadomie spędzona sekunda jest na wagę złota. Zarówno przez pryzmat tego, jak smakuje żyćko w danej chwili, jak i przez pryzmat nauki, która wpływa na smak oczekiwanych chwil w przyszłości.

Skoro można rozwiązać tzw. problemy i wyzwolić się z tzw. cierpienia, dlaczego nie można by było iść dalej i wywindować jakość swoich doświadczeń na level dla jakby standardowych ludzi nieosiągalny?

Byłby to jakiś sukces i to właśnie on mi aktualnie przyświeca. Jak najwnikliwsze przyglądanie się najdrobniejszym nawykom, czynnościom i ich usprawnianie. Uwielbiam rozkminiać takie rzeczy. Zarówno na poziomie własnym, dzięki czemu czuję się coraz lepiej, jak i na poziomie rozkminiamia innych żyć i czucie się częścią procesu drugiego człowieka, który czuje się coraz lepiej.

Wielokrotnie słyszałem przytyki typu „czy ty musisz tak wszystko analizować?” Nie muszę. Muszę to ja robić przysiady, martwe ciągi i ćwiczenia, które wymagają koordynacji ruchowej i utrzymania równowagi. Filozofować i analizować to ja chcę. To mi daje poczucie jedynego sensu, który wydaje mi się aktualnie dostępny. I stąd płynie błogie uczucie klarowności, że w optymalny sposób wykorzystuje swój potencjał. Niejednokrotnie czułem presję, że powinienem robić coś konkretniejszego. Zostać biznesmenem i robić biznes, albo chociaż być gangsterem i mieć swoje kornery. Chyba jednak aktualnie jestem tylko filozofem. I chcę sobie dumać nad żyćkiem, jak przeżywać kolejne dni w coraz lepszy sposób. I potem egzekwować, czyli te wnioski manifestować swoim zachowaniem. I obserwować celem kontynuacji tego cyklu.

Nie ma mety. Dzięki temu nie ma presji wynikającej z definiowania się przez efekt końcowy. Bo go nie ma. Jedyny efekt to to, w jaki sposób doświadczam żyćka tu i teraz. To już jest. Gotowe do wzięcia. Nie trzeba i nie można czekać na coś, co przyjdzie. Bo nigdy nie przychodzi. Już jest.

Brak mety oznacza również brak limitu. Zawsze może być lepiej. Jak połączymy to z pełną akceptacją, że perfekcja nie istnieje, przychodzi błogi stan harmonii i w oparciu o brak strachu latamy sobie po wysokich stanach umysłu i bezpiecznie lądujemy.

Kochanieńki, czeka na nas więcej niż ten pieprzony tysiak brutto. Czeka na nas więcej niż dwadzieścia brutto. Czeka na nas więcej niż hajs, jointy i dupy. Jak dużo więcej to już nie wiem, ale czuję ogromną gotowość i klarowność, by to kontemplować i odkrywać. Dzień po dniu, moment po momencie. Każda chwila to moja szansa. Tu albo nigdzie. Teraz albo nigdy.

Nawet jeśli połowa moich fanów nie skuma tych follow-upów