JBC REDUKCJA 50/50

Gwoli ścisłości melduję w moim internetowym pamiętniku zakończenie projektu JBC Redukcja.

Mocno zaznaczałem i przypominałem, że to proces kultywowania podejścia, w którym nie definiuje mnie żodyn (żodyn.) wynik, a jedynie to, jak mocną czuję łączność z bazą (nawet gdy z mózgiem niekoniecznie), jak efektywnie moje zachowanie manifestuje moje wartości, jak dobrze rozumiem mechanizmy zarządzające tym, co robię i jak duża jest akceptacja powyższych. Nie definiuje mnie to, czy kiedyś miałem lepszy brzuch, tak samo jak nie definiuje Michaela Gervais, czy zdobędzie mistrzostwo w NFL. Definiuje nas (i całą resztę takich jak my) tylko i aż bezpośrednie doświadczenie z momentu na moment w trakcie całego procesu – to, jakie to uczucie być mną tu i teraz i odczuwać zmysłami tu i teraz dostępnymi. I właśnie dlatego Seattle Seahawks wygrało NFL w 2013 roku i właśnie dlatego mam najlepszy brzuch, ty j p k.

Chciałbym na koniec odnotować dwa fragmenty z ostatniego odcinka nr 50/50, które trafnie ilustrują esencję tego, co próbowałem przekazać.

Po pierwsze primo:

Są ci, co znają życia kolor i ci, co się życia boją

Prędzej czy później musisz sam ze sobą wyjść na solo

Oczywiście Sz. P. Reno się myli i nie musisz z nikim wychodzić na solo. Co więcej, większość ludzi nie zdąża wyłapać klemensa od życia za życia, a spora część nawet jak wyłapie, to udaje, że nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało i przeżywa życie nie wychodząc na to metaforyczne solo. I nie zrozum mnie źle, mówię jak Bill Burr – o ile jestem zimnym skurłysynem to nie heatuję. Uczyłem się empatii, gdy grałem na ruletce, chociaż nie chciałem, gdy wyruchał mnie Berbatov w 90. minucie, chociaż nie chciałem oraz gdy płakałem jadąc do Netto po ciasta, chociaż też nie chciałem. Gdyby nie to – pewnie dalej bym szukał pewniaków na weekend, planował chodzić na koktajl i nie wypić ani grama oraz od jutra się nie objadać.

Wyzwolenie się z cierpienia związanego z robieniem rzeczy, których tak naprawdę nie chce się robić (tudzież nie chce się chcieć robić – żeby być precyzyjnym) z mojej perspektywy nie tyle sprowadza się do zaprzestania robienia tych rzeczy, co zrozumienia dlaczego się je tak naprawdę robi. Innymi słowy, jak mnie boli noga, to mogę sobie ją amputować, ale to niekoniecznie najbardziej optymalne rozwiązanie.

Ten projekt, który był po prostu zademonstrowaniem mojej wizji życia opartego na obserwacji i akceptacji, to właśnie kultywowanie wychodzenia ze sobą na solo, obserwowanie siebie, uczenie się swoich uwarunkowań, pragnień i bezwzględna akceptacja wszelkich konsekwencji, które i tak ponoszę. I właśnie po to pełne otwartości, ciekawości i chęci zrozumienia monitorowanie diety. I to zdobywana wiedza i abnormalna dawka akceptacji i równowagi, a nie hormon, sprawia, że się czuję nadczłowiekiem.

Jesteśmy popierdoleni, świat wychował nas źle i bezpośrednie subiektywne doświadczenie to jedyne, co tak naprawdę jest. Reszta to nasze interpretacje, predykcje i historie, w które wierzymy. Nie ma czegoś takiego jak dieta, depresja, zaburzenia odżywiania, ja, ty ani krzesło.

O co chodzi z tym krzesłem? Co to za bezsens? O to, że to tylko koncepcje produkowane przez umysł na podstawie danych z przeszłości; mniej lub bardziej prawdopodobne predykcje rzeczywistości. Jak będę odrzucony, samotny, wygłodzony (i ogólnie takie takie) to najprawdopodobniej będę się objadał, borykał z depresją, ale również najprawdopodobniej przegrałbym w tenisa z Federerem (spoiler: nie planujemy w najbliższym czasie grać). Jeśli wspierająca żona (albo mąż, to już wszystko jedno) będzie mi gotować zbilansowane żarcie, a każdy z tysiąca subskrybantów napisze mi, że jestem fajny, to mocno spadnie prawdopodobieństwo depresji i objadania się, aczkolwiek z Rogerem prawdopodobnie nadal dostałbym mocny wpierdol na korcie. Jeśli przed meczem przestrzeliłbym mu oba kolana – prawdopodobnie bym wygrał. Zmierzam do tego, że cierpienie wynikające z powtarzających się czynności, które ciężko rzucić pomimo zdawania sobie z negatywnych konsekwencji porównać można do tego, że zapominam przestrzelić kolana Federerowi przed meczem, a potem nie potrafię zaakceptować tego, że przegrałem. Miałem być człowiekiem z miasta, ale wzięli mnie z zaskoczenia. No co za przypadek szefie.

Po drugie primo:

Widziałem u ciebie na instagramie że na przykład na jeden posiłek miałeś 10 skyrów. To już podchodzi pod zaburzenia odżywianie […] ale jednym z elementów napadów objadania się są wyrzuty sumienia

Tutaj tak samo jak Sz. P. Reno, Sz. P. Arkadiusz się mylił (a ja niestety nie pomyślałem, żeby go poprawić). Te 10 skyrów to nie był jeden posiłek tylko pół posiłku – taki mini-deser po indyku z burakami, cebulą, paprykami i nie tylko.

Tym niemniej ciekawą obserwacją jest to, że nie ma zaburzeń odżywiania bez poczucia winy czy wyrzutów sumienia (czego?). Kiedyś po zjedzeniu jednego niezaplanowanego batonika czułem jak świat wymyka mi się spod kontroli (czego?) niczym pierwszy zakład zagrany za więcej niż planowana stawka maksymalna. Dzisiaj wchodzę se na bufet jak król, wychodzę z niego jak książe, a co najważniejsze przez cały czas trwania konsumpcji czuję się pełną gębą (nomen omen) jak budda.

Nawet w innych przypadłościach, które nie są determinowane przez subiektywne odczucia winy, takie jak alkoholizm, te subiektywne odczucia w praktyce są kluczowe jeśli chodzi o predykcję przyszłych stanów umysłu i zachowań. Jak codziennie pijesz lampkę wina, to jesteś alkoholikiem, ale jeśli nie widzisz w tym problemu, to nie masz w imię czego chcieć tego zmieniać. Mnie osobiście cugi hazardowe, alkoholowe czy żywieniowe bolały jak drzazga w fiucie (podobno), stąd też widziałem problem i miałem w imię czego iść na wojnę z tymi problemami. But hey, it’s just me. You do you.

I po trzecie primo, ultimo

Piszę sobie te filozoficzno-metafizyczne refleksje przy kawce w kasynie Tropicana w Atlantic City. Kiedyś zresztą jak chodziło mi po głowie się odegrać na zakładach, to lubiłem przychodzić popatrzeć na ludzi w kasynie, żeby nie być takim samym loserem jak oni i nie podcinać gałęzi, na której sobie wygodnie siedzę. Za chwilę mógłbym przywalić na ruletkę, blackjacka, a nawet w kasynowym sportsbooku na pierwszą kolejkę Ekstraklasy. Mógłbym też zajebać się jagerem, opierdolić cztery burgery (na przystawkę) albo otworzyć konto na snapczacie. Nikt mi żadnej z tych rzeczy nie zabrania. Nawet ja sam nie daję sobie żadnych zakazów. Za chwilę mogę sobie zjeść cztery snickersy i wszystko będzie dobrze.

Paradaksolnie, to właśnie brak presji i ustawienie priorytetu na obserwację i coraz lepsze rozumienie uwarunkowań sprawia, że nie planuję żadnej z tych rzeczy zrobić. Ale właśnie nie ze strachu, że co będzie jak zrobię cośtam, tylko z braku presji i chęci kreowania coraz bardziej optymalnych doświadczeń. Po prostu nie opłaca mi się obstawiać milionów ariarów na ruletce, pić jagera i zamawiać burgerów, gdy mogę pić kopi o ko song, podumać nad życiem, napisać parę słów i po cichu liczyć, że taki Chris Warner kliknie w serduszko.

A jak nie kliknie to zagram all-in na czerwone i wszystko będzie dobrze. Bo nawet jak nic nie będzie dobrze, to wszystko będzie dobrze.